Asiek w USA #1 – aplikacja

Asiek, USA, wymiana, exchange student

Jesteście w szoku? Bo ja tak. Od czterech dni jestem w Stanach Zjednoczonych Ameryki, marzeniu nie jednej nastolatki. Ale może od początku, abyście wszystko zrozumieli.

12 czerwca spytałam się mamy, czy wymiana do USA jest nadal możliwa (mówiłam o niej ponad 2 lata temu i moja mama stwierdziła, że kiedy wyjadę to pęknie jej serce). W tym roku dosłownie w 2 dni podjęłyśmy decyzję i umówiłyśmy się 18 czerwca na konsultacje oraz test językowy SLEP, który musicie napisać na ponad 46 punktów, aby pojechać do USA. Pojechałyśmy do Warszawy, gdzie mieści się siedziba biura FOSTER, które zajmuję się programem HIGH SCHOOL. Jak powiedziałam pani Monice, że chcę jechać w tym roku na wymianę to powiedziała, że jest mało prawdopodobne, ponieważ dead line już się skończyły. Byłam w szoku, ale napisałam test i okazało się, że dwie fundacje mają miejsce NWSE i Share. NWSE była tańsza od Share o ok. 10 tyś. i zupełnie nie różniła się niczym. Oczywiście wybrałam NWSE i zaczął się proces aplikacji. To chyba najgorsza część, bo zajmuje wieki, a ja miałam niecałe 2 tygodnie. Naprawdę to było szaleństwo. Ok. 50 stron wypełnionych po angielsku przez lekarzy, nauczycieli, wymieńca, rekomendantów. Razem z mamą stanęłyśmy na rzęsach, ale się udało. Wysłałyśmy aplikację, która zajęła nam niecałe dwa tygodnie kilkugodzinnej pracy każdego dnia, załatwiania dokumentów, zaświadczeń, latania to szkoły po podpisy dyrektora, nauczyciela angielskiego itp. Byłyśmy wykończone. Wszystko super, bo udało nam się zmieścić w czasie. Wysłałyśmy dokumenty pełne satysfakcji, że wszystko mam już z głowy, a okazało się, że nie mają miejsca (o ku*wa). Chyba sobie żartują niespełna dwa tygodnie wcześniej mnie przyjęli i wysłali dokumenty do wypełnienia, a tu mówią, że nie ma miejsca. Razem z mamą byśmy w jeszcze większym szoku, niż wcześniej. Naprawdę nie wiedziałam, czy mam płakać, czy mam się śmiać, Nie jestem w stanie opisać tego uczucia. Pani Monika (polska kordynatorka wymieńców z FOSTERA) powiedziała, że nigdy nie miała takiego przypadku. Moje marzenia legły w gruzach… Szczerze nie było mi smutno, ani też nie byłam przygnębiona. Jestem optymistką i pesymistyczne scenariusze nie są wpisane w moje życie. Nie potrafię się poddać, jak walczę to do końca. Warto, naprawdę warto. Jestem wielką szczęściarą, bo fundacja Share miała jeszcze miejsca. A ja miałam kijek w du*ie, bo tylko 5 dni, aby wypełnić zupełnie od nowa aplikację online oraz w formie papierkowej. To była dopiero praca na najwyższych obrotach. Szpital, pobieranie krwi i ustalanie grupy krwi, lekarz wypisywanie 3 stron na temat mojego stanu zdrowia, szkoła (którą nawiasem była już pusta, bo rok szkolny się skończył) na moje szczęście, była dyrekcja i nauczycielka angielskiego, którzy musieli wypełnić arkusze z moim ocenami z ostatnich trzech lat oraz napisać jak radzę się z językiem angielskim. Wszystkie inne obowiązki poszły w odstawkę. Przeszłam sama siebie po wypełniłam wszystko w ciągu 3 dni. Brawa dla mnie :P

8 lipca 2015 ERDT/Share zaakceptowało moją aplikację co oznaczało, że jadę do Stanów!!! Wyobraźcie sobie moją reakcję. Krzyk na cały regulator, podskoki, łzy szczęścia i oczywiście telefon do mamusi :) Udało, się pomimo mojego odwiecznego pecha, udało się.

Chciałabym, aby było jak w bajce, ale nie było. W ten sam dzień otrzymałam wytyczne dotyczące szczepień. Musiałam zaczepić się na polio, na tężec, błonica, krztusiec, zapalenie wątroby typu A, meningokoki oraz przejść próbę tuberkulinową (która de facto nie była możliwa, bo w Polsce nie mieli bakterii, która służy do wykonania tej próby, musiałabym czekać do września, a w sierpniu miałam wylecieć). To było szaleństwo w ciągu tygodnia miałam aż 3 szczepionki. Jeszcze jedna czeka mnie tu w Stanach, ponieważ odstęp miedzy jedną na drugą musi być dłuższy pół roku.

Wiza jedna z najważniejszych spraw, bo bez niej nie wjedziecie legalnie na teren Stanów Zjednoczonych. To dopiero było wyzwanie. Trzeba było wypełnić obszerną aplikację, która była naprawdę bardzo szczegółowa. Trochę się namęczyłam za nim wszystko było poprawnie uzupełnione. Zajęło mi to dwa dni, aby aplikacja była poprawna. Wybrałam konsulat w Krakowie, ponieważ znajduje się on najbliżej mojego miasta. Byłam umówiona na 11.45 22 lipca 2015. Rozmowa z konsulem była jak dla mnie mordęgą, ponieważ pytał się dosłownie o wszystko. Kto mnie sponsoruje, do jakiego miasta, rodziny się wybieram, co będę robić w USA, gdzie chodzę do szkoły w Polsce, czy mam rodzeństwo, ile ma lat, czy ja albo mój brat byliśmy wcześniej w Stanach, gdzie pracuje moja mama, czy ojciec itp. Oczywiście wszystko odbywało się w języku angielskim. Byłam wywoływana dwa razy, aby podejść do okienka. Na szczęście otrzymałam swoją wizę i byłam w siódmym niebie. Jest -udało się. Tego samego dnia poinformowałam panią Monikę o otrzymaniu wizy. Od 22 lipca fundacja szukała mi rodziny, aż do dnia 14 sierpnia kiedy dowiedziałam się gdzie lecę.

 

Kolejny post będzie o mojej podróży, która trwała ponad dwa dni. Jesteście w stanie w to uwierzyć?

Jeśli macie jakiekolwiek pytania to zadajcie je w komentarzach na pewno odpowiem :)

Miłego dnia, albo nocy.

USA

Share This Story

BLOG